Łatwo jest być najlepszym. Najłatwiej być najlepszym wtedy,gdy nikt nie patrzy. A nawet, gdy patrzą wszyscy, wystarczy im powtarzać, że jest się najlepszym.
W każdej innej dziedzinie niż sport – czyli niejednym słowem – w każdej dziedzinie innej niż sport, niezmiernie ciężko wytypować zwycięzcę. Odstawiającna bok książkę Guinessa, wypadało by zadać sobie pytanie, kto tak naprawdę jest tym „Naj”. Czy to człowiek najmądrzejszy, czy ten najbardziej pracowity, a możeten z najsilniejszymi pięściami?
Niestety, świat zbudowaliśmy sobie sami tak, że mądrzy ludzie poumierali by z głodu i srali by wciąż w wykopane dłońmi dołki, gdybynie ludzie pracujący. Ci z kolei niechybnie zginęli by od pierwszego większego konfliktu, gdyby nie ludzie silni i waleczni. A silni i waleczni nie znaleźliby dla siebie na tej planecie żadnego ciekawego zajęcia poza niszczeniem i grabieniem, gdyby nie ludzie mądrzy, wymyślający im zadania i ludzie pracowici, dostarczający im dóbr ośnieżających chociaż trochę nadmiar adrenaliny.
Skoro już wiemy, że każdy z trzech typów jest potrzebnyZiemi do tego, aby krążyła wokół własnej osi, a także kontynuowała swój leniwy spacer wokół Słońca, odpowiedzmy sobie na pytanie – gdzie my jesteśmy. Odpowiedzmy sobie, dla samych siebie. Tak, żebyśmy wiedzieli, po której stronie stać, gdyprzyjdzie kolejna Rewolucja chwytająca za gardła. Tak, żebyśmy nie mieli wątpliwości, że gdy ktoś się bije w wielkiej klatce a krew bryzga na kamery –siedzimy dalej na widowni bo jesteśmy widzami tej bitwy, płacącymi za bilety – przyglądamysię z dalekiej loży wszystkim wydarzeniom i ostatecznie decydujemy, kto tę walkę wygrał – albo wskakujemy w sam środek zadymy i tracimy po kolei zęby imię swojej pasji.
Większość z nas chciała by być na loży. Ci, którzy siedzą na widowni, robią to głównie dlatego, że nie zdają sobie sprawy z tego, że i gdzieznajduje się loża – czasami nawet myślą, że tam też potrzebne są bilety. Nawet Ci, którzy się biją, chcieliby siedzieć w loży. Wszak nikt by nie zabronił im wyładowywać swej energii na innych oświeconych ludziach tego kręgu. Poza tym, łatwiej z góry ogląda się świat, i chociaż ludzie wyglądają przekomicznie wswojej mrówczej wielkości, to przynajmniej można wzrokiem ogarnąć większą ich zbiorowość, a i do gwiazd bliżej.
Wielu dostało się tam niezasłużenie, wielu zupełnie bez powodu zostało z tej grupy najmądrzejszych wyrzuconych – i to zupełnie bezprawnie. Niemniej, wciąż pozostaje to wąska grupa ludzi, do których zaliczam sięi ja. Ludzi, którzy stanowią znaczącą mniejszość i nie posiadają nic poza swoją wiedzą i wiecznie słuszną radą. Nie boją się oni jednak siły mięśni, smaku krwiani ciężkiej pracy – bo na co dzień napijają bicepsy i tricepsy w walce zidiotyzmami i kretynizmami tego świata, krwawią codziennie widząc złych ludzi usterach, deprawację społeczeństwa i niszczenie obyczajów, które tak głęboko zasiadły w ich sercach, pracują bez wytchnienia, aby do wszystkich pozostałych częściej trafiała prawda, niż kłamstwa.
A ja jestem jednym z nich. Narwany czy nie. Samolubny czyarogancki. Głowa moja zawsze idzie do przodu, nawet jeśli ciało odmawiaposłuchu. Szukam. Patrzę i słucham. A przede wszystkim myślę. I wszystko to poto tylko, aby nie dać się zatruć kłamstwami, błyskotkami, pozorami otaczającego mnie świata. I przede wszystkim myślę. Bo inni nie potrafią.
Ślubowałem mówić prawdę, tylko prawdę i zawsze prawdę. Ślubowałem przed sobą, więc nigdy nie będę w stanie złamać tej obietnicy. Obietnicy,dzięki której wszyscy Wy ogrzać będziecie mogli się w cieple i świetle mojejwiedzy. Będziecie jej łaknąć i wracać po więcej a ja wciąż będę dla Was miałprzygotowane kolejne porcje, których nie zdołacie udźwignąć.
Encyklopedia to poważna rzecz. Ciężkostrawna i spisana drobnym drukiem. Szczególnie poważna jest w tym zacnym gronie Sawantopedia*. Oto co ma ona do powiedzenia w kwestii legalizacji narkotyków:
„Narkotyki – jest to archaiczne określenie substancji poszerzających świadomość i/lub umożliwianie widzenie i/lub komunikowanie z innymi światami i/lub osobowościami astralnymi. Silne nacechowanie negatywne tego słowa praktycznie uniemożliwiło w latach 50-tych przeprowadzenie Reformy Pojednawczej, która zakładała dawkowanie LSD już dzieciom w wieku przedszkolnym. W niektórych rejonach świata, liczba przeciwników „Narkotyków” i wszelkiego prawnego sankcjonowania ich dystrybucji była na tyle duża, że doszło do wybuchu lokalnych zamieszek. Jak ustalił w ich trakcie specjalny raport Komisji Pojednawczej, większość ludzi biorących udział w zamieszkach nie wiedziało, czym są narkotyki, ale było przekonane o ich zgubnym wpływie na społeczeństwo. Najwięcej stereotypów utkwiło w świadomości polskiego społeczeństwa. Niektórzy obawiali się, że narkotyki wyjdą z lasu i rozszarpią chłopów, kobiety zapłodnią a z dzieci robią wiklinowe koszyki. Inni z kolei wyliczali na wielkich liczydłach, jak ogromne straty gospodarce zadadzą odszkodowania dla ludzi, którym od zażywania narkotyków wypadną oczy albo ręce. Niektórzy natomiast wieszczyli, że jeśli pozwoli się narkotykom na wolność, to zaczną one tak gęsto padać z nieba, że spowodują nieurodzaj na całym świecie. Słowo ostatecznie wyparte z globalnej świadomości po latach programów naprawczych, a ostatecznie zakazane w >>Traktacie Miłości, Szacunku i Dobrego Humoru, Ziom<< z roku 2089.
Legalizacja narkotyków – jest to proces legislacyjny, który przez niektóre kraje rozpoczęty został już w minionym tysiącleciu. Niektórzy, wybiegający w przód swoją wiedzą i perspektywicznym spojrzeniem, a także umiłowaniem dla bliźnich, próbowali przemycić ustawy akceptujące palenie Świętej Sensimilli w różnych krajach, jednak nigdy nie posunęli się dalej. Niemniej, próby legalizacji, czyli prawnego uchwycenia chociaż skrawka zagadnień związanych z substancjami intelektualnościowymi i psychoaktywnymi, otworzyła założycielom Jednej Miłości oczy na to, gdzie leżą prawdziwe przyczyny nieufności ludzi przed farmakologicznym oświeceniem. Legalizacja leżała więc u postaw pierwszych ruchów społecznych, kulturowych i politycznych, które w trzeciej dekadzie dwudziestego pierwszego wieku zaczęły dominować cały kraj.
Traktat Miłości, Szacunku i Dobrego Humoru, Ziom ostatecznie rozwiązał problem substancji poszerzających świadomość, wprowadzając ich przymusowe przyjmowanie, przynajmniej raz dziennie. Specjalnie opracowane plany rozwojowe, indywidualne dla każdego człowieka, uwzględniają konkretne dawkowanie i specyfikę środka, jaki danemu obywatelowi jest konieczny do właściwego funkcjonowania. Chociaż większość wolnych ludzi należy do najszerszej grupy użytkowników LSD i Świętej Sensimilli, nie brakuje także miłośników opium, eteru, extasy i kokainy. Każda placówka medyczna i szkoła ma obowiązek za darmo wydawać potrzebne środki chętnym po okazaniu Legitymacji Biorcy. Traktat wprowadził też prawne sankcje za nieużywanie środków psychoaktywnych a także ustanowił międzynarodową Służbę Traktatową, do której praw należy między innymi sprawdzanie zawartości substancji we krwi każdego obywatela. Zunifikowane zostały też zasady certyfikowania przez rządy laboratoriów upoważnionych do produkcji środków intelektualnościowych.
[czytaj dalej…]”
* spisana w 2093 roku przez wszystkich ludzi świata, zebranych w instytucji kolegialnej o nazwie Jedna Miłość. Jedna Miłość miała prawo monopolu, jeśli chodzi o dyktowanie zasad i reguł relacji międzyludzkich. I chociaż na konferencji prasowej z roku 2098 oficjalnie zapowiedziano przerwanie wpływania na emocje ludzi, do dziś szepce się tu i ówdzie, że Jedna Miłość wciąż emanuje na cały świat Pozytywną Energią, chociaż zasoby jej ulegają ciągłemu kurczeniu.
Zrobię to jeszcze raz, raz jeszcze to zrobię.
A może po raz pierwszy. Na swoje opowiadania i inne karykaturalne formy, których sam po kilku latach nie potrafię, a nawet nie chcę, rozumieć, nigdy nie patrzyłem jako na coś, co mówić będzie o mnie. Poprzez pisanie, zawsze dawałem sobie złudzenie – i tu uwaga, bo złudzenie musi być czymś złym – tworzenia rzeczywistości dookoła. Nigdy jednak nie traktowałem tego, jak pamiętników, czy dzienników. Wszak moi bohaterowie w żaden sposób nie są opowieścią o mnie, dedukowałem.
Tym czasem każdy, kto znajdzie w swoim życiu chociaż jedno uzależnienie, które czyni go lepszym człowiekiem, uzależnienie tego nie chce, i nie powinien rzucać. I chociaż moje życie pełne było uzależnień i wszyscy święci odprawiający andrzejkowe wróżby wiedzą, że będzie do ostatnich dni właśnie takie. Pełne podatności na to, co złudne i ulotne, ale dające przyjemności. Narkoman przyjemności. Romantyk ze schizofrenią. Albo sawant.
Ale jedna z tych pasji nigdy nie była destruktywna. Właśnie to złudzenie tworzenia. Jak dziecko, które zamyka oczy i przeskakuje pomiędzy wymiarami i światami wyobraźni. Tyle, że nie zamykam oczu. Siedzę i tworzę. Albo tworzy się samo. Jak to, kiedy ekspedientka z pachnącego komuną sklepiku osiedlowego zmienia się w mężobójczynię na książęcym tronie, a sklep jej, otoczony fosom, straszy od wieków najdzielniejszych nawet wojów, a historie pobliskich wiosek pełne są niesłychanych opowieści o brutalności magii, jaką mieszkańcy zamczyska uprawiają. A słowa, które wypowiedziała w sklepie do złudzenia przypominają początkowe frazy któregoś z opowiadań – najprawdopodobniej tego, które umarło w szafie.
Nie będziemy jednak przenosić się do równoległych światów. I postaram się także, aby równoległe światy nie przyszły do nas, przynajmniej do końca tego rozdziału. Próbuję jeszcze raz, raz jeszcze próbuję. Napisać dziennik. Pamiętnik. Mój Nieśmiertelnik. Bohaterowie moich historii wypowiedzą się kiedyś sami za siebie, a każde z moich wcieleń będzie miało szanse w swoim życiu położyć łapy na klawiaturze. Sam jednak jestem ciekaw, co mam do powiedzenia ja. A przynajmniej ten twór, który siedzi we mnie zawsze wtedy, gdy jestem ja i moja wyobraźnia. Bo Bóg mi świadkiem, że przy innych ludziach nie idzie być sobą. Wiem o tym ja, wiedział Gombrowicz, przypuszczał Freud, a zapomniał Chrystus.
Mam też inny, ukryty zamiar. Ale skoro dziennik ten jest moim dziełem na temat mnie samego, to potraktujemy go z szacunkiem, i nie ukryjemy przed nim ani jednej joty, ani jednego przecinka nie pozostawię bez wyjaśnienia. Dla siebie. Abym mógł stary i schorowany, albo młody i zniszczony złym trybem życia, wygrzebać te kartki, a raczej kilobajty, i przypomnieć sobie wszystkie swoje niecne plany.
A wśród nich, najważniejszy. Ukończyć Tę książkę. Bo po Tej wszystko stało by się prostsze. Dlatego muszę Ją napisać. I wszyscy dobrze wiemy, że to nie Ją właśnie czytacie. Dzienniki w końcu, pomimo pełnienia roli katharsis mojej rozdwojonej jaźni i stwarzania szansy do ucieczki w lepsze miejsce, mają ćwiczyć mój warsztat. Mają sprawdzić, czy jeszcze potrafię i czy słowa moje mają jakiś sens. Wreszcie, mają mnie mobilizować, aby próba ta, kolejna lub pierwsza dopiero, była bardzo owocna. I aby słów, jak i chęci do ich łamania, łączenia, dzielenia, przestawiania, modelowania, zmyślania i manipulowania, nie zabrakło w głowie. Czy na języku?
Bo kto by to zgadnąć raczył, czy słowa w głowie się rodzą, czy dopiero na języku?
Może ja zgadnąć raczę.
Przecieram oczy ze zdziwienia.
Żyję.
Nie do końca w tej kolejności.
Kiedy ostatnio patrzyłem w lustro, mój wzrok był bystry i świdrujący, a oczy skrupulatnie taksowały wygolone policzki, wyrzeźbione przez samego Michała Anioła kości policzkowe, szerokie ramiona. Dziś, nie byłbym nawet w stanie zgadywać, ile czasu minęło od mojej ostatniej kąpieli. Nie mam zielonego pojęcia, jak wyglądam, bo trzymają mnie w całkowitych ciemnościach. Kiedyś pamiętałem, jak szybko rosną człowiekowi włosy. Gdyby nie to, że wpadam już w paranoję i rozmawiam sam ze sobą, próbując przypomnieć sobie nazwisko matki albo wygląd mojego mieszkania, mógłbym zapewne strzelić, który mamy rok. A tak, nawet fakt, że mogę ogrzewać sobie ręce we własnej brodzie w zimniejsze noce, niewiele mi mówi. Zarost na twarzy mam już taki, że wyczuwam jak włosy powoli zakręcają się w dready.
Dotykam swojej obolałej twarzy. Ostatnim razem bili mocniej i wytrwalej, używając do tego nawet różnych narzędzi, zupełnie jakbym im coś zrobił. Jakbym w ogóle był w stanie zrobić coś, poza przełykaniem śliny. Prawego oka nie mogę nawet zlokalizować. Gdy zbliżam do niego wskazujący palec, czuję tylko ból i rozgrzaną gorączką skórę.
Boli.
No to żyję.
Kiedyś słyszałem, że im dłużej jesteś w niewoli, tym bardziej zapominasz, jak jest na zewnątrz, po drugiej stronie krat. Albo, jak w moim przypadku, kilkanaście metrów nad ziemią. Czytałem w mądrych książkach, że ludzie są w stanie robić zwierzęce rzeczy, aby tylko ujrzeć światło słoneczne. Niektórzy nawet zabijają, byle by tylko wydostać się na zewnątrz. A ja tymczasem nie wiem nawet, którędy prowadzi droga na zewnątrz. Jedyne co wiem, to wymiary mojej celi – 2 metry na 2 metry.
Ja tak nie mam. Straciłem już dawno temu ochotę na walkę. A może i nie tyle ochotę, bo czując ból w całym ciele, miałbym niemałą chęć połamać wszystkie najmniejsze kosteczki w ciałach moich oprawców. Mógłbym ich przypiekać powoli nad ogniem i nawet sprawiło by i to przyjemność. Ale przestałem mieć wiarę. Nadzieja opuściła mnie natomiast mniej więcej wtedy, gdy moja broda osiągnęła długość środkowego palca. Nie dla mnie świeże powietrze. Wyczuwam, że już nigdy nie zobaczę słońca – albo dlatego, że pobiją mnie na śmierć któregoś dnia, albo dlatego, że nigdy mnie nie wypuszczą.
Uciekam w świat fantazji.
Skoro żyję.
Wilgotne morskie powietrze w nozdrzach to już dla mnie tylko słowa. Skoro mogę pomarzyć o słońcu czy wodzie, to szkoda na to czasu. Lepiej marzyć o innych rzeczach. O palącym się z wolna kwiecie cannabis, którego słodki dym wypełnia całą moją celę. Albo o pięknej i miłościwej samarytance, które zrobiła by mi dobrze ustami. Skoro pozostaje mi tylko moja wyobraźnia, podróżuję przy jej pomocy wszędzie, gdzie wcześniej nie byłem, albo próbuję poskładać wycinki wspomnień z poprzedniego życia w jeden chociaż sensowny obraz.
Ale nic z tego nie wychodzi. Czuję, że straciłem zmysły. Nie jestem w stanie nawet w najmniejszym stopniu oddzielić tego, co miało miejsce naprawdę, od tego, co działo się w mojej głowie. Niewola mnie zniszczyła. Dzięki niej przynajmniej zrozumiałem, że zabijanie śmiertelnego wroga to pomyłka, szczególnie od kiedy duchy znalazły sposób na wpływanie na przenikanie do naszego świata. Lepiej zamknąć go w małym wiadrze z jego własnymi odchodami, i kazać mu żyć w ciemnościach resztę życia.
Prawie zachłysnąłem się własnym śmiechem, gdy dotarło do mnie, jak obrzydliwie i nieludzko muszę wyglądać. Czy to, że gadam ze sobą we własnej głowie sprawi, że będę pamiętał język? Jak bardzo zmienił się świat, który kiedyś sam pomagałem budować? Przecież jestem wariatem. Nie pamiętam, co działo się naprawdę, a co sobie wyobrażałem przez te lata. Połowa wspomnień przypomina jazdę po LSD albo szałwii. Druga połowa to z kolei nieprzyjemny ludzki kac. Mam nadzieję, że to ta bardziej kolorowa połowa moich myśli jest prawdziwa, chociaż pewnie sam się oszukuję. Nawet gdyby ktoś mnie kiedyś wypuścił, nie byłby gotowy do życia na zewnątrz. Odebrali mi życie. Odebrali mi umysł i zdrowy rozsądek. Odebrali mi przeszłość i wszystko wskazuje na to, że przyszłości również nie odzyskam.
W gruncie rzeczy, wariactwo może nie jest takie złe. W mądrych książkach pisali, że wariaci żyją w innym świecie, takim, który z ich punktu widzenia jest piękny. Mnie się ta cela nie podoba. Ani to, że wrzucają mi jedzenie przez dziurę w suficie. To znaczy, że nie zwariowałem do końca.
Że żyję.
Żyję, ale co to za życie? Nawet stuprocentowego wariactwa nie mogę uzyskać. Może ono ulżyło by mi w tych torturach.
Zaraz, zaraz… czy ktoś coś do mnie mówi? Słyszę wyraźnie czyjś głos.
Tylko że to nie jedzenie, które sunęło by teraz kanałem w głąb ziemi, aby ostatecznie spaść mi pod nogami. Wręcz przeciwnie, jakby ktoś żył jeszcze niżej ode mnie. Czemu nie słyszałem wcześniej tych odgłosów? A może wreszcie ktoś mnie wysłuchał, i zesłał na mnie całkowite szaleństwo. Chyba wolałbym pomieszanie zmysłów, niż tą niepewność. Oprócz głosów, słyszę i kroki. Ktoś idzie, i jest coraz bliżej mnie. Czy to możliwe, że z boku cel są też korytarze? To by oznaczało, że jest droga ucieczki, że nie jestem zakopany w trumnie pod ziemią. Czuję jak wali mi serce.
Głos cichnie, ale odgłos kroków narasta. Nie wiem, czy są bardzo daleko, czy są bardzo blisko, ale z każdym krokiem słyszę kogoś wyraźniej. To musi być mężczyzna. Słyszę jego ciężki i pogłębiony oddech. Wydaje mi się nawet, że słyszę jak przełyka ślinę i ociera ręką pot z czoła.
Słyszę jakiś metaliczny zgrzyt dochodzący z tamtego kierunku. Jakby ktoś grzebał widelcem w ścianie. Opieram się plecami o przeciwległą ścianę i przełykam ślinę kuląc się w małą kulkę. Mądre książki mówią, że to ochrania organy wewnętrzne. Po chwili uporczywe grzebanie widelcem w ścianie ustaje. Słyszę stęknięcie, huk, a po chwili do mojej celi wpada nieco światła. Chociaż skoro widzę je nawet z zasłoniętym, jedynym zdrowym okiem, może być go całkiem sporo. Tylko skąd się ono wzięło.
Skąd to światło i świeże powietrze? Chciałbym się dowiedzieć, więc otwieram je szerzej, ale czuję od tego tylko narastający ból, więc jeszcze mocniej zwijam się w kulkę.
- Więzień numer siedem? – usłyszałem, jakby z oddali. Usłyszałem, i rozpoznałem słowa, co ważniejsze. Ktoś pytał o więźnia z numerem siedem. Chyba chodzi o mnie, bo nawet nie zdążyłem odpowiedzieć, gdy usłyszałem resztę zdania – Siódemka, wychodzisz ze mną. Czyjaś ręka złapała mnie za kark, ale nie żeby bić. Zostałem postawiony na nogi i poprowadzony w stronę oślepiającej światłości.